niedziela, 23 czerwca 2019

Dove - Mus Do Mycia Ciała

Witajcie!
Pewnie już nie raz Wam wspominałam, że uwielbiam kąpiele. Minimum raz w tygodniu funduje sobie taką przyjemność, która naprawę mnie wycisza i relaksuje. Jeśli chodzi o produkty do kąpieli to lubię od czasu do czasu zaszaleć w tej kwestii. Wiecie, jakaś fajna kula, sól czy też płyn do kąpieli zawsze umilają mi ten moment. Jeśli natomiast chodzi o produkty do mycia ciała, to tutaj zwykle nie szaleję. Zazwyczaj sięgam po te drogeryjne i przystępne cenowo. Wiadomo, że tego typu kosmetyki bardzo szybko się zużywają, więc nie widzę sensu aby wydawać na nie wielkie pieniądze.

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić moim ostatnim odkryciem kosmetycznym, jakim są musy do mycia marki Dove. Nie tylko fajnie myją, pięknie pachną i są przestępne cenowo (kosztują około 15 zł), ale także są wstanie zastąpić inny kosmetyk, po który, my kobiety, raczej regularnie sięgamy. Ale o tym za chwilę.


Z produktami do mycia w tej formie spotkałam się już wcześniej. Pamiętam, że nawet ucieszyłam się, że coś nowego weszło na rynek. Zawsze to jakieś urozmaicenie niż standardowe żele do kąpieli. Miałam okazję przetestować już kilka pianek do mycia różnych firm, jednak póki co, z tych drogeryjnych, największe wrażenie zrobiły na mnie panki marki Dove.


Aktualnie posiadam trzy wersje zapachowe: różaną, kokosową oraz z jagodami acai. Jest jeszcze wersja arganowa, na którą pewnie także niebawem się skuszę.

Pianki zawierają w swoim składzie drogocenne olejki, których zadaniem jest nawilżenie naszej skóry. Ja powiem Wam, że nie bardzo wierzę w właściwości nawilżające produktów do mycia (no chyba, że to są olejki), jednak bardzo zwracam uwagę na to, czy dany kosmetyk do mycia ciała nie wysusza skóry. W przypadku tych pianek nie ma o tym mowy. Ciało po użyciu nie jest jakoś super nawilżone, jednak trzeba przyznać, że skóra nie jest ani wysuszona ani ściągnięta.

Forma produktu także jest bardzo ciekawa. Mus jest gesty, zbity i bardzo dobrze się trzyma ciała. Podczas jego użytkowania nic nam nie spływa, dzięki czemu już niewielka ilość produktu wystarcza, aby dobrze umyć nasze ciało. Dodatkowym plusem jest też to, że ten kosmetyk w zupełności zastąpi nam piankę do golenia. Osobiście bardzo lubię takie rozwiązania. Za jednym zamachem oszczędzamy nie tylko pieniądze ale także miejsce w łazience.

Bardzo podobają mi się także opakowania tych pianek. Jak dla są one proste i eleganckie (na zdjęciach brakuje wieczek, a to tylko dlatego, że po prostu się ich pozbyłam, w takiej formie znacznie łatwiej mi się ich używa), przez co bardzo ładnie prezentują się w łazience.

Na uwagę zasługują także zapachy, którą są naprawdę bardzo ładne. Po myciu zapach utrzymuje się na ciele i jest delikatnie wyczuwalny.

Osobiście jestem zachwycona tymi produktami. Jak dla mnie te pianki nie mają wad, i wiem, że zagoszczą one u mnie w łazience na stałe.

A Wy znacie te produkty? Jeśli tak to dajcie znać, jakie są wasze odczucia na ich temat.

Pozdrawiam
:)

niedziela, 9 czerwca 2019

Majowy Glosybox - Edycja UK

Witajcie!
Mam nadzieję, że weekend mija Wam przyjemnie i bezstresowo. U mnie sobota była pracowita, natomiast niedziela zapowiada się spokojna i pełna relaksu. Z rana zrobiłam sobie mały seans serialowy. Wiecie, piżama, kawa, śniadanie na kanapie. Taki miły początek dnia. Nie zapomniałam też jednak o Was i przygotowałam dla Was post z majową zawartością pudełeczka Glossybox. Tak więc jeśli lubicie podpatrywać, jakie to kosmetyki znajduję w comiesięcznym box'ie, to zapraszam serdecznie do dalszego czytania. Może i Was któreś z tych kosmetyków zainteresują.

- MUDMASKY - Witaminowe serum
Kosmetyki tej marki już kilka razy były w pudełeczku Glossybox. Muszę powiedzieć, że zawsze one się bardzo dobrze u mnie sprawdzały. Myślę więc, że i z tym serum będzie podobnie. Ciekawe w tym produkcie jest to, że serum jest przeznaczone do stosowana po maseczkach. Zwłaszcza tych głęboko oczyszczających, złuszczających, czy też glinkowych, które zwykle lekko wysuszają naszą cerę. Serum  zawiera w swoim składzie witaminy których zadaniem jest  nawilżenie oraz przywrócenie miękkości naszej cerze.
Produkt pełnowymiarowy o wartości: £43

- DR. JART+ - Maseczka do twarzy
Maseczki na twarz to coś co naprawdę lubię. Wiec tym bardziej się cieszę, że taki kosmetyk znalazł się w pudełeczku. Tym bardziej, że jest to maseczka inna od tych standardowych, które zwykle są zamknięte w tubce i gotowe do nałożenia. Tutaj musimy sami połączyć składniki kosmetyku, wszystko dobrze wymieszać, a potem za pomocą szpatułki nałożyć na twarz.  Zwykle sięgam po kosmetyki, których nałożenie nie wymaga ode mnie za wiele wysiłku, jednak w tym wypadu myślę, że ta cała zabawa może być nawet przyjemna. Jest to maseczka kauczukowa która nie tylko ma modelować i ujędrniać naszą skórę, ale także nadać jej elastyczność oraz wygładzić drobne zmarszczki. 
Produkt pełnowymiarowy o wartości: £8

- BEAUTY KITCHEN - Balsam do ust
Produkty pielęgnacyjne do ust bardzo lubię i zawsze się cieszę jak ja znajduję w Glossybox'ie. 
Tym razem w moje ręce trawił balsam który swoją konsystencja przypomina trochę wazelinę, jednak muszę przyznać, że jest znacznie mniej lepiący, co jest jego niewątpliwą zaletą. Kosmetyk zawiera w 100% składniki naturalne, a jego zadaniem jest długotrwałe nawilżenie i odżywienie naszych ust. Produkt fajny, przydatny, szkoda tylko, że trzeba nakładać go palcami. Tak wiec jak dla mnie nie jest to raczej produkt do torebki, tylko do stosowania w domu.
Produkt pełnowymiarowy o wartości: £2.99



- BARRY M - Zestaw do konturowania
Moje modelowanie  twarzy zwykle ogranicza się do nałożenia różu, rozświetlacza oraz bronzera (po który sięgam głównie latem). Jakoś nie chce mi się bawić w dokładniejsze konturowanie, które zwykle wymaga czasu. Uważam też, że moje rysy twarzy raczej nie potrzebują dużego konturowania, więc jak dla mnie ten element makijażu jest raczej zbyteczny. Tak wiec idąc moim tokiem myślenia ten kosmetyk jest dla mnie raczej zbyteczny i nie sądzę abym kiedykolwiek po niego sięgnęła.  Paletka zawiera sześć kremowych odcieni produktu, które nałożone solo lub też wymieszane razem mają zapewnić naszej twarzy naturalne wykonturowanie. Jeśli ktoś stosuje tego typu kosmetyki to myślę, że będzie z tej paletki zadowolony. Mi jednak ten produkt na pewno się nie przyda, i myślę, że ją komuś sprezentuję.
Produkt pełnowymiarowy o wartości: £7.99


- NAILBERRY - Lakier do paznokci
Lato to okres, kiedy częściej sięgam po różne kolorowe lakiery. W cieplejsze miesiące lubię sobie zaszaleć z kolorem na paznokciach. Zwykle wtedy sięgam po odcienie bardziej wyraziste i rzucające się w oczy. Lakier który znalazłam w majowym pudełeczku to taki brudny róż (odcień Love me tender) który jest może i mało szalony, ale bardzo mi się podoba. Uważam, że jest to kolor bardzo uniwersalny który każdej kobiecie będzie pasował. Mi on bardzo przypadł do gusty, tym bardziej, że nie mam jeszcze lakieru w takim właśnie odcieniu. 
Produkt pełnowymiarowy o wartości: £14.50

Jeśli chodzi o ogólne podsumowanie to muszę stwierdzić, że zawartość jest naprawdę godna uwagi. Wszystkie kosmetyki są pełnowymiarowe, co jest niewątpliwie dużym plusem. Fajnie, że mamy tutaj zarówno kosmetyki pielęgnacyjne jaki i kolorowe.Tylko ta paleta do konturowania się nie przypadła do gustu, z tego tylko względu, że ja nie używam tego typu produktów. Resztę kosmetyków jednak na pewno z wielką przyjemnością przetestuję. 
A Wy co sądzicie o tej zawartości ?

Pozdrawiam
:)


poniedziałek, 3 czerwca 2019

Ulubieńcy Książkowi

Witajcie!
Jeśli tak jak ja lubicie czytać, to ten post na pewno Was zainteresuje. Dzisiaj zapraszam Was na przegląd książek które w ostatnimi czasie udało mi się przeczytać, i które wyjątkowo przypadły mi do gustu. Tak więc jeśli poszukujecie czegoś do czytania, to spójrzcie na moich ulubieńców książkowych. Być może i Was któraś z poniższych pozycji zainteresuje na tyle, że postanowicie po nią sięgnąć.


"Perfekcyjna dziewczyna" - Gilly Macmillan

Każdy, kto zna Zoe Maisey - cudowne dziecko, talent muzyczny uważa ją za ideał. A jednak przed kilku laty Zoe spowodowała śmierć trzech nastolatków. Poniosła karę i jest wolna. "Perfekcyjna dziewczyna" to wnikliwa analiza psychiki nastolatki dźwigającej brzemię talentu oraz przeszłości, od której nie można się uwolnić.

Kryminały to gatunek po który uwielbiam sięgać. Z twórczynią Gilly Macmillan nie miałam jednak wcześniej do czynienia. Tak więc sięgając po tą książkę, nie za bardzo wiedziałam czego się mogę spodziewać. Ta pozycja wciągnęła mnie już jednak od pierwszych stron, a każdy kolejny rozdział powodował, że chciałam ją czytać i czytać. Najlepsze w tej książce jest jednak to, że mimo iż fabuła rozgrywa się w ciągu dwóch dni, a akcja nie dzieje się jakoś ekspresowo, to mimo wszystko nie byłam w ogóle znużona jej czytaniem. Mogę wręcz stwierdzić, że dawno nie czytało mi się tak dobrze książki która ma aż 400 stron, a która nie zawiera w sobie zbędnych opisów, które niepotrzebnie wydłużają jej czytanie. Myślę, że autorka zrobiła tutaj naprawdę kawał dobrej roboty. Fajnym zabiegiem jest też to, że narratorami tej powieści są poszczególni bohaterowie. Pozwala to nie tylko spojrzeć, na akcję z różnych stron, ale także lepiej ich poznać. Mi osobiście bardzo przypadło to do gustu i myślę, że też właśnie z tego powodu tak dobrze mi się czytało tą książkę. Tak więc jeśli jeszcze nie mieliście okazji sięgnąć po ten kryminał, że serdecznie Was do tego zachęcam. Uważam, że jest on świetny i naprawdę warty uwagi.


"Wielki ogarniacz życia we dwoje" - Pan Buk, Pani Bukowa

Nowe przygody bohaterów Wielkiego Ogarniacza Życia, bestselerowego poradnika o tym, jak być szczęśliwym, nie robiąc niczego. Jej życie to nieustanna walka między spaniem a internetem. Chciałaby tracić kilogramy tak szybko jak pieniądze i cierpliwość. Co wieczór postanawia, że od jutra zmieni się na lepsze, ale kiedy wstaje rano, przypomina sobie, że przecież jest idealna. I wtedy poznaje TEGO JEDYNEGO.  Pan Buk woli dobrze zjeść, niż podobać się byle komu. Gdyby nie związek z Panią Bukową, mógłby przeżyć całe życie w przekonaniu, że nie ma wad. Ale ONA wie też, że czasem jedyne wyjście to wyjście na piwo, a ON – że jeśli kobieta warczy i nie daje się przytulić, to trzeba odejść na bezpieczną odległość i rzucać w nią czekoladą. I to jest cenna wiedza. Ta książka pokaże wam, jak być razem i się nie pozabijać.

Jeśli natomiast nie lubicie kryminałów, ale lubicie się trochę pośmiać podczas czytania, to zachęcam Was do sięgnięcia po "Wielki ogarniacz życia we dwoje". Jest to poradnik z którego jakiejś wielkiej wiedzy nie wyniesiecie, jednak zrozumiecie jak działają faceci (kobiety zresztą też), a także będziecie mieli dawkę dobrego humoru. Jest to książka z rodzaju tych, które bez wątpienia poprawią nam samopoczucie, bo wierzcie mi, podczas jej czytania nie da się nie śmiać. Ja czytając ją w kawiarni, naprawdę musiałam się powstrzymywać, aby nie wybuchnąć kilka razy gromkim śmiechem. Taki poprawiacz humoru na gorsze dni.


"Pacjentka" - Alex Michaelides

Najbardziej oczekiwany thriller psychologiczny 2019 roku!
Ceniona malarka i fotografka mody Alicia Berenson wiedzie życie, jakiego każdy mógłby jej pozazdrościć. Do czasu. Pewnego wieczoru jej mąż Gabriel wraca do domu, zaś Alicia strzela mu w głowę pięć razy, zabijając go na miejscu. Od tego momentu kobieta przestaje mówić. Nikt poza nią nie wie, co wydarzyło się tamtej nocy. Ostatecznie trafia do zamkniętego ośrodka psychiatrycznego Grove. Po sześciu latach w tymże ośrodku rozpoczyna pracę psychoterapeuta Theo Faber, zafascynowany postacią Alicii i jej historią. Theo robi wszystko, co w jego mocy, aby dotrzeć do pacjentki i sprawić, żeby się przed nim otworzyła, a także aby rozwikłać zagadkę śmierci Gabriela. Poznając pacjentkę, psychoterapeuta nieoczekiwanie odnajduje coraz więcej podobieństw w ich losach, począwszy od traumatycznego dzieciństwa. Dokąd zaprowadzą go te rozmowy i co się stanie, jeśli Alicia wreszcie zacznie mówić? 


Ta książka mnie zachwyciła, a zarazem trochę rozczarowała. Najpierw jednak o jej zaletach. Fabuła jest dość ciekawa, dobrze skonstruowana i naprawdę dająca do myślenia. Czytelnik już od pierwszych stron ma nie lada zagadkę do rozwiązania. Wszystko niby jest jasne, ale tak naprawdę nie do końca wiadomo co się stało, i o co w tym wszystkim chodzi.W książce mamy kilka wątków, a wszystkie one dotyczą głównej bohaterki. Ma to na celu zmylenie czytelnika, a także uatrakcyjnienie fabuły. Jest to zabieg dobry, często stosowany przez pisarzy, jednak mimo usilnych starań autora, w pewnym momencie wszystkie puzzle tej zagmatwanej układanki ułożyły mi się w całość. I tutaj właśnie  następuje lekkie rozczarowanie. Niestety, jak dla mnie złożenie tych rozsypanych puzzli nie okazało się zbyt trudne, i zanim dobrnęłam do końca tej książki, już widziałam jakie będzie jej zakończenie. Jednam mimo tego małego rozczarowania, nadal uważam, że książka jest dobra i na pewno warto po nią sięgnąć. Dodatkowym atutem, jak dla mnie, jest to, że akcja tej powieści rozrywa się w Londynie. Fajnie jest czytać o miejscach które bardzo dobrze się zna, i w którym bywa się prawie codziennie.

  
"Wiśniowy dworek" - Katarzyna Michalak

W Wiśniowym Dworku, gdzieś pod litewską granicą mieszka Danusia. Jest nauczycielką w wiejskiej szkole i nie wyobraża sobie życia w wielkim mieście, pełnym spieszących się ludzi.Na warszawskim Mokotowie, niedaleko parku Morskie Oko, mieszka Danka. Jest przebojową biznesmenką w międzynarodowej korporacji i nie wyobraża sobie życia na wsi, gdzie życie toczy się powoli, a jego rytm wyznacza przyroda. Te dwie kobiety pozornie dzieli wszystko, ale łączy jedna tajemnica.
I jeszcze ktoś. Mężczyzna, który przybył z przeszłości, by odebrać to, co do niego należy... 


Bardzo lubię powieści Katarzyny Michalak. Zwykle są one lekkie i pełne uroku. Tutaj natomiast mamy słodko-gorzką historię, która mimo iż nie kończy się happy endem, to mimo wszystko ma dużo uroku i przyjemnie się ja czyta.  Fabuła jest dość ciekawa, okraszona dawką humoru, jednak nie brakuje w niej dramatyzmu czy tez nagłych zwrotów akcji. A wszystko to ma miejsce w urokliwym dworku, na prowincji, gdzie życie toczy się wolno i spokojnie. Jednak jak pokazuje historia przedstawiona w książce, i w takich przyjemnych okolicznością natury dochodzi do dramatów oraz nieporozumień, które po latach wywracają losy głównych bohaterów do góry nogami. Muszę zaznaczyć jednak, że mimo iż książka przykuła moją uwagę i mnie zaciekawiła, to w pewnym momencie poczułam lekki przesyt. Przesyt tajemnic, sensacji, miłości, a nawet gangsterskich porachunków. Jednak mimo tego wszystkiego nadal uważam, że warto sięgnąć po tą powieść, bo naprawdę trudno się od niej oderwać. Polecam!


****

Mam nadzieję, że moje propozycje książkowe przypadły Wam do gustu.
Dajcie znać co Wy aktualnie czytacie. Może i ja się czymś zainspiruje.

Pozdrawiam i do następnego!
:)

wtorek, 21 maja 2019

Ulubieńcy Kosmetyczni

Witajcie!
Dzisiaj zapraszam Was na post o moich ostatnich ulubionych kosmetykach. Jeśli jesteście ciekawi, co przypadło mi do gustu i skradło moje serce, to zapraszam do czytania. Być może i Wam któryś z tych produktów wpadnie w oko i zdecydujecie się na jego zakup.

- HAWAIIAN TROPIC - Błyszczyk do ust.
Firma Hawaiian Tropic dla wielu z was pewnie kojarzy się z produktami do opalania. Ja także znałam tą firmę właśnie z produkcji tych kosmetyków. Aż pewnego razu, w jednym z pudełeczek Glossybox, znalazłam właśnie ten produkt. Nie powiem aby się wtedy bardzo z tego ucieszyła, gdyż ja osobiście rzadko sięgam po tego typu kosmetyki. Aktualnie na mich ustach częściej goszczą pomadki niż błyszczyki. Dzieje się tak głównie dlatego, że ciężko jest mi znaleźć produkt, który nie klei się zbytnio do mich ust, i do włosów, które zwykle noszę rozpuszczone (posiadaczki długich włosów wiedzą co mam na myśli). Jednak jeśli chodzi o ten błyszczyk, to tutaj o lepkości nie ma mowy. Produkt nie tylko nie skleja ust, ale także świetnie nawilża, jest bardzo komfortowy w noszeniu, a uczucie dobrze nawilżonych ust utrzymuje się naprawdę długo. Dodatkowym plusem jest ochrona słoneczna SPF/UVB o faktorze 25. Jak dla mnie jest to dobry kosmetyk na co dzień jak i na wakacje, który nie tylko chroni nasze usta przed niekorzystnym działaniem promieni słonecznych, ale także pielęgnuje je.


- EYEKO - Maskara.
Od tuszu do rzęs wymagam zwykle tego: aby ładnie podkręcał rzęsy, wydłużał je, nie sklejał ich, a także żeby się nie osypywał. Ta maskara zapewnia mi to wszystko. Dzięki dużej i wyprofilowanej szczoteczce moje rzęsy nie tylko są świetnie podkręcone ale także ładnie rozdzielone. Maskara daje nam wodoodporne wykończenie, przez co o rozmazywaniu czy też osypywaniu się produktu nie ma mowy. Dodatkowo zawiera keratynę, oraz rewitalizującą formułę która wzmacnia nasze rzęsy. Jak dla mnie jest to maskara godna uwagi na tyle, że pewnie po skończeniu tego opakowani, jeszcze nie raz do niej powrócę.


- Avon - Baza pod cienie.
Ostatnio pisałam Wam o mojej ulubionej bazie pod cienie z Too Faced (klik). Niestety po kilku miesiącach intensywnego używania moja ukochana baza się skończyła. Stwierdziłam, że być może czas przetestować coś nowego -  tańszego. Mój wybór padł na bazę pod cienie marki Avon. Oczywiście od razu tu zaznaczę, że nie jest ona tak dobra jak ta od Too Faced. Zresztą nie sądzę aby jakakolwiek baza była w stanie pobić tą od Too Faced. Wracając jednak do bazy z Avonu muszę stwierdzić, że produkt naprawdę dobrze działa. Baza świetnie się rozprowadza, delikatnie podbija kolor cieni, nie wysusza powieki, no i co najważniejsze, utrzymuje makijaż oka w miejscu. Cienie się nie rolują, nie znikają z oczu, więc jak za tak niską cenę (ok. 10 zł) dostajemy naprawdę fajny produkt. Wiem, że za jakiś czas pewnie wrócę do mojego bazowego ulubieńca, jednak póki co cieszę się tym tanim a dobrym zamiennikiem.


-PALMOLIVE - Żel pod prysznic.
Już nie raz Wam wspominałam, że jak od żeli do mycia ciała nie wymagam za wiele.  Mają myć, dobrze się pienić, nie wysuszać skóry no i przyjemnie pachnieć. Też żel trafił do moich ulubieńców ze względu na zapach który jest maga relaksujący. Zawarte w nim olejki lawendowe, Yalng Ylang oraz kardamon powodują, że kąpiel z dodatkiem tego żelu nie tylko mnie odpręża, ale także pomaga mi pozbyć się stresu i zmęczenia po całym dniu w pracy. Dodatkowym plusem tego kosmetyku jest wydajność, niska cena oraz to, że bez problemu dostaniemy go prawie w każdej drogerii. Dla mnie jest jeden z lepszych żeli drogeryjnych, który stosuję od kilkunastu lat non stop.


- YVES SAINT LAURENT - Cinema.
Perfumy to coś co uwielbiam. Moja kolekcja jest dość spora. Nic na to nie poradzę, że lubię otaczać się pięknymi zapachami i testować nowości. Oczywiście są zapachy które mi się podobają i takie które wiem, że zostaną ze mną już na zawsze (aktualnie moja top lista ulubionych zapachów składa się z 4 pozycji). Perfumy Cinema od YSL właśnie do tej kategorii się zaliczają. Pokochałam je od pierwszego powąchania. W miesiącach jesiennych i zimowych, używam ich zarówno na dzień jak i na wieczór. Wiosną i latem natomiast sięgam po nie zwykle wieczorową porą. Jest to zapach słodki, orientalno - kwiatowy, elegancki. Pasujący bardziej do kobiety starszej niż nastolatki. Na jego niepowtarzalny zapach składają się miedzy innymi: kwiat migdałowca, klementynka, francuska wanilia, cyklamen, piwonia, jaśmin, bursztyn oraz białe piżmo. Dla mnie są to perfumy, które idealnie do mnie pasują, i które po prostu uwielbiam.



*****

I to tyle jeśli chodzi o moich ostatnich ulubieńców kosmetycznych.
Dajcie znać czy miałyście okazję używać któryś z nich. Chętnie zapoznam się z Waszą opinią na ich temat.

Pozdrawiam.
:)

sobota, 18 maja 2019

Instagram

Witajcie!
Pogoda ostatnio nam się trochę popsuła. Co prawda nie pada, jednak na dworze jest szaro, buro i ponuro. Mam jednak nadzieję, że to tylko chwilowe załamanie pogody, i niebawem wrócą do nas piękne, słoneczne dni. Póki co trzeba czekać, i liczyć na to, że słońce niedługo sobie o nas przypomni. A w taką pogodę jedyne o czym marzę, to kubek gorącej herbaty, koc i dobra książka. Tak więc dzisiaj post na szybko, czyli przegląd zdjęć z mojego Instagrama. Mi tych kilka wiosennych fotek przypomniało, że pochmurna aura nie może trwać wiecznie... Tak więc miłego oglądania, a jeśli i u Was pogoda nie dopisuje, to głowa do góry, przecież świat jest piękny nawet wtedy kiedy za oknem jest szaro. W końcu pozytywne myślenie to podstawa i klucz do szczęścia każdego z nas.


Co jakiś czas fundujemy sobie z moim facetem taką małą randkę. 
Jest to czas tylko dla nas, kiedy to możemy sobie w spokoju porozmawiać, i przy okazji coś pysznego zjeść.


A po dobrym jedzeniu, czas na dobry deser. Tym razem zdecydowałam się na krem brulée.
Był naprawdę pyszny!


Wiosna w pełni!


A jak wiosna to i czytanie książek w parku.
Ta pozycja okazała się mega wciągająca.
Niebawem więcej o niej na blogu.


Londyn o tej porze roku, jak i o każdej zresztą, wygląda cudnie.


 Uwielbiam oglądać, a także fotografować, angielskie domy.
Jak dla mnie mają one swój niepowtarzalny urok.


Londyńskie butiki także poczuły już wiosnę.


Maseczki to coś, co lubię sobie fundować, zwłaszcza w weekend.
Tym razem skusiłam się na te od Garnier. Super działają i sobą przystępne cenowo. Polecam!


Parki nam się ładnie zazieleniły na wiosnę.


Drzemka, zawsze i o każdej porze! Zwłaszcza w dzień, bo w nocy mam w domu przemarsz wojsk przez moje łóżko w wykonaniu jednego kota...


Kolejna urocza angielska rezydencja.


****

Jeśli jeszcze nie znacie mojego Instagrama to serdecznie Was zapraszam na mój profil.

Pozdrawiam.
:)

sobota, 11 maja 2019

Kartka z kalendarza

Witajcie!
Od pewnego czasu chodzi za mną myśl, aby stworzyć serię postów dotyczącą mojego życia w Londynie. 
Taka mała opowieść o tym mieście, ludziach, wydarzeniach czy też zabawnych sytuacjach. 
Londyn to miasto które cały czas tętni życie, i chyba nigdy nie zasypia. Każdy dzień przynosi coś nowego. Czasem są to zabawne sytuację, czasem troszkę mniej, ale jedno jest pewne, zawsze w tym mieście coś się dzieje. Nie wiem czy tego typu posty Was zainteresują, jednak dla mnie będą one swoistym pamiętnikiem, więc myślę, że co jakiś czas tego typu wpisy będą się tutaj pojawiać.

Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami moimi spostrzeżeniami na temat londyńskiego metra i podróżowania nim. Oczywiście od razu zaznaczam, że nie będzie tutaj typowych informacji na temat ilości linii, stacji itp. Będzie tu natomiast szereg moich doświadczeń i zdarzeń jakie na co dzień spotykam, podróżując tym środkiem transportu.



Codziennie około 3 miliony ludzi podróżuje Londyńskim metrem. To prawda, ta ilość może przyprawić o ból głowy. Zwłaszcza kiedy to w godzinach szczytu zaczyna się przepychanie i wyścig, aby jak najszybciej zająć wolne miejsce. Tutaj kto pierwszy ten lepszy. I powiem Wam, że w tym wyścigu prym wiodą młodzi faceci, którzy jak już zajmą wolne miejsce, to od razu wsadzają nos w książkę, lub też zamykają oczy, tylko po to, aby nie widzieć starszych ludzi, którym de facto powinno się ustąpić miejsca. Tak, to niestety prawda, wyścig szczurów w tym mieście zaczyna się już na poziomie komunikacji miejskiej. Byłam jednak kilka razy świadkiem, jak młoda kobieta w ciąży, czy też starsza pani, podeszła i grzecznie poprosiła, aby młody i zdrowy jegomość ustąpił jej miejsca. Przecież normalne jest, że starsza kobieta o lasce, nie będzie się przepychać miedzy innymi pasażerami, tudzież okładać ich po głowie laską, tylko po to, aby jak najszybciej zając wolne miejsce! Mówię wam, mina komunikacyjnych szczurów, którzy  tak bardzo polowali na wolne miejsce, była bezcenna kiedy to musieli wstać i resztę drogi spędzić na stojąco.




Osobiście bardzo lubię podróżować metrem. Zwykle ten czas przeznaczam na czytanie moich ulubionych książek, czy też słuchanie muzyki i obserwowanie pasażerów. Nierzadko wtedy jestem świadkiem przezabawnych sytuacji, które nieraz wywołują uśmiech na mojej twarzy. Są  jednak też takie sytuacje, kiedy to wkurzenie na te rodzaju komunikacji sięga u mnie zenitu. Pierwszą z nich są bez wątpienia awarie metra, które notabene zdarzają się dość często. Tak zwane "padanie świateł" na liniach jest notoryczne. Najczęściej wtedy linia jest zawieszana do momentu, kiedy to awaria zostanie naprawiona. Zwykle wtedy mamy dwa wyjścia: czekać w  wagonie aż wszystko wróci do normy (czasem jest to długie czekanie, wierzcie mi), lub tez wysiąść i poszukać innej alternatywy. Gorzej jeśli pociąg zatrzyma się w tunelu, wtedy o wysiadaniu generalnie mowy nie ma, chociaż i tutaj zdarzają się wyjątki. Zwykle kiedy na danej linii dojdzie do wypadku czy też poważnej awarii, prąd jest natychmiast wyłączany. Wtedy też pociągi zatrzymują się automatycznie, bez względy na to, czy pociąg znajduje na stacji metra czy też w tunelu. Mnie taka taka sytuacja raz spotkała, i to wtedy, kiedy jechałam do szpitala na umówione spotkanie z lekarzem. No bo oczywiście, takie sytuacje mają miejsce wtedy, kiedy to najbardziej nam się spieszymy. Jednak ja, optymistka z natury, byłam pełna wiary, że to tylko chwilowa awaria i zaraz pociąg ruszy w dalszą drogę. Nawet to, że światła zgasły w wagonach i zapaliły się te awaryjne, nie spowodowało u mnie większej paniki. No przecież nie może być aż tak źle! W końcu za pechowca się nie uważałam. Niestety po kilku minutach maszynista ogłosił, że nie ma raczej większych szans na to, abyśmy w najbliższym czasie ruszyli. Ja oczywiście lekka panika, no bo spotkanie z lekarzem, zegar tyka a ja w szczerej dupie, uwieziona w tunelu z którego ani wyjść ani zadzwonić. Pocieszeniem dla mnie było tylko to, że nie mam dodatkowo klaustrofobii!  Po kolejnych minutach spędzonych w dusznym wagonie (sytuacja miała miejsce latem, co jeszcze bardziej potęgowało duchotę), straciłam wiarę na to, że na czas dotrę do szpitala. I wtedy stał się cud! No powiedzmy :) Otóż maszynista ogłosił, że zostaniemy ewakuowani z pociągu. Dla tych którzy nie wiedzą, w pierwszym wagonie, na przodzie znajdują się drzwi, które umożliwiają wyjście maszyniście czy też pasażerom, bezpośrednio na tory. Hura! Jestem uratowana! Jednak zaraz mój dobry humor został zmącony tym, że jak to, że ja będę szła przez jakiś ciemny tunel, gdzie pewnie szczury i myszy będę mi przelatywać między nogami!! Jednak na rozmyślanie nad całą tą sytuacją nie miałam za wiele czasu, gdyż nagle pojawił się maszynista, który rozpoczął ewakuację. Tak więc odmowa wyjścia raczej nie wchodziła w grę. Uczepiona ramienia mojego chłopaka ( dobrze, że był ze mną) wyszłam w ciemny tunel i podążyłam za światełkiem w tunelu. Normalnie śmierć kliniczna ja jawie :). Na szczęście peron kolejnej stacji, (tudzież to światełko które było widać), nie znajdował się daleko, i tak po kilku minutach dotarliśmy cali i zdrowi do kolejnej stacji. Cała przygoda skończyła się tak, że lekko spóźniona dotarłam do szpitala i moja konsultacja z lekarzem odbyła się.  A wszystko to zostało okraszone tylko lekkim spóźnieniem, gdyż ja, nauczona doświadczeniem, zawsze na ważne spotkanie wychodzę z domu wcześniej, aby mieć pewność, że dotrę na czas. Jednak jak to zwykle w życiu bywa, nie da się wszystkiego przewidzieć.
 ****

Mam nadzieję, że ten cykl wpisów przypadnie Wam do gustu. 
W kolejnym przestawię Wam zachowania pasażerów londyńskiego metra, które czasem mnie wkurzają, a czasem powodują na moich ustach uśmiech. 

Posdawim 
:)

niedziela, 5 maja 2019

Kwietniowy Glossybox - Edycja UK

Witajcie!
W maju Glossybox przygotował dla nas dwie wersje pudełeczka: owocową i kwiatową. W moje ręce trafiła ta druga wersja, co mi osobiście bardzo odpowiada, bo ja zapachy kwiatowe w kosmetykach bardzo lubię. Zwłaszcza wiosną. Pudełeczko także bardzo ładne, z kwiatowym designem, przypomina nam, że mamy już wiosnę, mimo iż pogoda za oknem nie zawsze na to wskazuje. Jednak nie ma sensu narzekać, gdyż jestem pewna, że jeszcze trochę i będziemy mogli cieszyć się piękną pogodą i słońcem na niebie.




Jeśli natomiast chodzi o zawartość  tego kwiatowego pudełeczko, to muszę Wam powiedzieć, że jestem bardzo mile zaskoczona. Zresztą zobaczcie sami i oceńcie.


-SOAPER DUPER - Balsam do ciała.
Pielęgnacja to coś, co naprawdę lubię znajdować w pudełkach Glossybox. Tym razem w moje ręce trafił balsam o odświeżającym, cytrynowy zapachu (będzie idealny na lato). Jego konsystencja jest lekka przez co produkt szybko się wchłania. Jego skład także jest godny uwagi, gdyż aż 98% to składniki naturalne, beż żadnych SLS, olejów mineralnych czy też parabenów. Producent zaleca aby produkt stosować na wilgotne ciało. Pierwszy raz słyszę aby tak stosować balsam do ciała, jednak spróbuję. Jak dotąd tylko oliwkę tak stosowałam, ta metoda się u mnie sprawdziła, więc być może z balsamem będzie tak samo.
Produkt pełnowymiarowy o wartości £7.50

- ORGINAL SOURCE - Żel pod prysznic.
Uwielbiam żele tej marki. Moim wielkim ulubieńcem, którego używam zresztą od lat, jest żel o zapachu mięty i drzewa herbacianego. Jest to mój ulubiony żel do mycia ciała, po który sięgam zwykle latem, gdyż daje niesamowite orzeźwianie. Tak naprawdę, wszystkie żele z tej firmy które miałam okazję używać, bardzo mi odpowiadały. Myślę więc, że i w przypadku tego, będzie tak samo. Jego zapach to połączenie maliny i wody różanej, które daje bardzo przyjemny i delikatny aromat. Żel podobno ma nawilżać naszą skórę, w co ja jakoś nie bardzo wierzę, ale też nie wymagam tego od żelu bo mycia ciała. Ważne żeby nie wysuszał.
Produkt pełnowymiarowy o wartości £2.30

- PALMERS - Maska do włosów.
Ten produkt znalazł się w pudełeczku jako mały bonus. Fajnie, że zespół Glossybox'a, od czasu do czasu, rozpieszcza nas w ten sposób. Maska w swoim składzie zawiera: olej arganowy oraz nasiona chia. A jej zadanie to: odżywienie, nawilżenie or odbudowa naszych włosów.
Produkt mini (30ml) o wartości £1.99


- DR- BOTANICALS - Maska do twarzy na noc.
Maski do twarzy na noc uwielbiam.Głównie za ich działanie i to, że można je stosować zamiast kremu na noc. Maska zawiera ekstrakt z granatu który ma nawilżyć, odświeżyć a także odżywić naszą cerę. 
Produkt mini (30ml) o wartości £14


- JEANNE ARTHES - Perfumy.
Ten produkt to sztos jeśli chodzi o zawartość tego pudełeczka. Wiadomo, że perfumy zawsze cieszą, a już najbardziej te, których zapach przypadnie nam do gustu. W tym przypadku właśnie tak jest. Zapach jest w moim stylu, delikatny, świeży, ale mający w sobie także trochę drapieżności. Myślę, że będzie to idealna kompozycją na wiosnę i lato. Perfumy są kwiatowe, a ich nuty zapachowe to: płatki róż, drewno cedrowe, lilia, frezja oraz bursztyn. Jak dla mnie, jest to zapach bardzo podobny to perfum Chloé - Chloé. 
Produkt pełnowymiarowy o wartości £20.99


- DR- PAWPAW - Balsam do ust.
Pamietam, że już kiedyś produkt tej firmy był w jednym z Glossybox'ów. Wtedy trafiła mi się wersja oryginalna (żółta). Pamiętam, że dobrze się on u mnie sprawdził, tak wiec nie mam nic przeciwko, że kolejny kosmetyk z tej serii znalazł się w pudełeczku. Tym razem mam wersję różową, która nie tylko nawilża i odżywia nasze usta, ale także nadaje im różowy kolor. Produkt może być także stosowany na policzki jako róż, jednak ja myślę, że będę go używać głównie jako balsam do ust.
Produkt pełnowymiarowy o wartości £6.95


****

I co sądzicie o tej zawartości??
Mi ona bardzo przypadła do gustu. Uważam, że jest to jedno z lepszych pudełek jakie ostatnio wyszły. Wszystkie kosmetyki idealnie wpasowują się w mój gust, i wszystkie z chęcią przetestuję.

Pozdrawiam.
:)