poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Co tam u mnie...

Hejka!!
Znowu rzadko tu zaglądam. A To wszystko przez to, że tak dużo ostatnio w moim życiu się dzieje.
Szkoda tylko, że te wszystkie sytuacje są mało radosne...
Święta Wielkanocne miały być dla mnie czasem, kiedy to miałam troszkę  odpocząć, odetchnąć i zregenerować siły.
Niestety tuż przed świętami, dotarła do mnie bardzo smutna wiadomość. Na kilka dni przed Wielkanocą, mój Tata, który od trzech lat choruje na raka płuc, trafił do szpitala. Diagnoza była dla mnie miażdżąca. Przerzuty do mózgu. Cztery guzy i do tego nieoperacyjne. W tej sytuacji, mimo iż nie planowałam spędzać Wielkanocy w Polsce, kupiłam bilet i w wtedy kiedy większość z Was siadała do świątecznego śniadania, ja czekałam na swój samolot do Polski. 
Lot jak zwykle miałam opóźniony, na szczęście tylko o godzinę. Potem jeszcze z powodu fatalnych warunków atmosferycznych (padał rzęsisty deszcz) czekaliśmy w samolocie około 20 min. na pozwolenie na start.
W Warszawie wylądowałam po południu. Szybko w samochód i do szpitala. Mina mojego Taty, który nie spodziewał się mojej wizyty, była bezcenna.... Szkoda tylko, że to wszystko działo się w tak smutnych dla nas wszystkich okolicznościach....



Tak więc święta spędziłam w Polsce, nie przy stole jak zapewne większość z Was, ale niestety w szpitalu.
Stan Taty znacznie się poprawił. Jego zdolność myślenia znacznie wzrosła. Jedyne z czym miał problem to to, że nie umiał nazwać wielu rzeczy po imieniu. Mówię Wam, jest to bardzo przykre kiedy widzisz swojego rodzica bezsilnego, próbującego sobie przypomnieć jak nazywa się mleko czy okulary. Człowiekowi łzy same cisną się wtedy do oczu.
Mimo tego wszystkiego starałam się być dzielna i nie dać poznać po sobie, że z Tatą jest naprawdę źle.
Czy mi się to udało? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Lekarz z którym rozmawiałam powiedział, że będzie lepiej dla niego, jeśli nie będziemy mu mówili całej prawdy o jego zdrowiu. Czy to dobre, nie mnie to oceniać. Czasami lepiej pewnych rzeczy nie wiedzieć... Zresztą po licznych rozmowach z Tatą doszłam do wniosku, że on chyba wolałby nie wiedzieć tego jak bardzo jest chory.
Po świętach zabraliśmy Tatę do domu. Tego samego dnia miałam także spotkanie z onkologiem który Tatę od kilku lat leczy (w czasie świąt Tata przebywał na neurologii). Rozmowa nie była łatwa. Lekarz jednak powiedział, że zastosują radioterapię i być może na jakiś czas spowolni ona postęp choroby. Przyjdzie jednak moment, kiedy będzie trzeba podjąć decyzję czy pozwolić mu godnie odejść, czy też skazywać go na męczarnie... Ciężko było tego wszystkiego słuchać, jednak czasami człowiek nie ma wyjścia i musi brać udział w takich mało przyjemnych rozmowach.

Te kilka dni w domu po świętach dały mi trochę oddechu i spokoju. Niby nadal dużo się działo, jednak fakt, że nie siedzę w szpitalu wśród tych wszystkich chorych, podziałał na mnie na pewno troszkę kojąco.

Rozstanie z rodzicami było bardzo trudne. Jak się mieszka tyle kilometrów od nich to zawsze jest tęsknota. Jednak  tym razem doszła jeszcze obawa o Taty zdrowie i o to... czy się jeszcze zobaczymy. Tak, tak, właśnie takie myśli przychodzą człowiekowi do głowy...



Jak zawsze leciałam z lotniska Okęcie w Warszawie. Ponieważ nie lubię się spieszyć na lotnisko dotarłam znacznie wcześniej. Chciałam mieć czas na zakupy itp. Będąc przy odprawie zauważyłam, że  lotnisko jest dość puste. Trochę mnie to zaskoczyło i nawet skomentowałam do do osoby która mnie odprawiała. W odpowiedzi usłyszałam, że czasami tak bywa. Nie przeczuwając niczego złego udałam się do kontroli a następnie na małe zakupy. Aż tu nagle przychodzi SMS, że niestety ale mój lot został odwołany i przełożony na kolejny dzień. Z początku myślałam, że to jakiś żart. Ja już po odprawie, walizka oddana, sama na lotnisku . Normalnie jakaś paranoja. Dodatkowo w smsie podali, że mój lot został przełożony na kolejny dzień, na godzinę 20. Wkurzona udałam się do stoiska LOT-u w celu uzyskania jakichkolwiek informacji. Przemiła pani poinformowała mnie, że z przyczyn technicznych mój lot został rzeczywiście odwołany, i w celu rekompensaty mogą mi zaoferować pobyt w hotelu z wyżywieniem, darmowy przejazd taksówkami oraz kolejny lot następnego dnia o 7.30 rano. Mimo całej złości na tą całą sytuację ofertę przyjęłam. Nie uśmiechało mi się spędzać całej nocy na lotnisku. Hotel okazał się dość przyjemny, jedzenie (kolacja i śniadanie) bardzo smaczne, tak więc można powiedzieć, że nie było aż tak źle.
Następnego dnia rano, taksówkarz który wiózł mnie na lotnisko poinformował mnie, że wszystkie loty zostały odwołane z powodu fałszywego alarmu bombowego. Tak więc mój pobyt w Polsce został przedłużony o jeden dzień z powodu głupiego żartu...

Teraz jestem już w Londynie i staram się wrócić na normalne tory. Jednak nie jest to łatwe. Nie dość, że myślami jestem cały czas w Polsce, to jeszcze do tego wszystkiego dopadło mnie jakieś lekkie przeziębienie. Myślę, że to stres spowodował u mnie nagły spadek odporności... Miejmy jednak nadzieję, że niebawem się z tym uporam, tak jak z innymi mało pomyślnymi dla mnie sprawami.
Trzymajcie kciuki.!!

4 komentarze:

  1. Bardzo mi przykro czytać takie smutne wiadomości :( Z całego serca życzę Twojemu tacie jak najwięcej zdrowia i sił, żeby jak najdłużej godnie walczył z tym paskudnym choróbskiem jakim jest rak. Trzymaj się dzielnie. Pozdrawiam ciepło! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. zyczę aby wszytko ułożyło sie jak najlepiej i duzo zdrowia dla Twojego Taty

    OdpowiedzUsuń
  3. Tacie życzę zdrowia!
    A przygoda na lotnisku nie do pozazdroszczenia, nawet jeśli z happy endem

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystkiego dobrego i dużo zdrówka dla rodziciela :)
    Wspolna obserwacja?
    www.lady-angelique.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń